Warsztaty artystyczne z Jasmin Centner

Na co dzień zachęcamy do obserwowania sztuki i podziwiania ręcznie robionych produktów – dziś postanowiliśmy zaprosić Was do tego, by samemu coś stworzyć. Na zaproszenie fundacji DNA Kultury pod koniec kwietnia do Polski przyjedzie Jasmin Centner, specjalistka od układania kwiatów o artystycznej duszy. Choć to kwiaty są jej specjalnością, Jasmin nie boi się eksperymentów i często korzysta z nieoczywistych materiałów.



warsztaty z Jasmine Centner


O artystce

Jasmin Centner to mistrzyni florystyki o dużym doświadczeniu. Aby kształcić się w tej dziedzinie, jeździła aż do Korei Południowej, zafascynowana wschodnią tradycją układania kwiatów. Jasmin współpracuje z niemieckimi magazynami o urządzaniu wnętrz, występuje także w niemieckiej telewizji śniadaniowej z krótkimi samouczkami, w których demonstruje, jak łatwo stworzyć florystyczne dekoracje.





Warsztaty artystyczne Jasmin Centner


O warsztatach

Artystyczna dusza sprawia, że Jasmin nie poprzestaje na kwiatach i szuka kolejnych sposobów na twórcze wyrażanie siebie. Prowadzi m.in. warsztaty z wikliniarstwa i tworzenia wieńców. Nam zaproponowała tworzenie unikalnych dekoracji, które sama nazywa „geschlüpfte Engel” („wyklute anioły”). To formy, mniej lub bardziej otwarte, o nieregularnych krawędziach przypominających skorupkę jaja, w różnych rozmiarach. Ich wnętrze będziemy malować na wybrany kolor. Ta oryginalna dekoracja do domu i ogrodu daje tym lepszy efekt, im więcej elementów ją tworzy. Na schodach wygląda jak artystyczna instalacja. Formy mogą być formą wyjściową do dalszych eksperymentów artystycznych.



warsztaty artystyczne z Jasmine Centner


Warsztaty artystyczne Jasmin Centner

——

Planowany termin warsztatów to 30.04.2018 w Niemczu, woj. kujawsko-pomorskie.
Koszt udziału w warsztatach to 399 zł. Liczba uczestników ograniczona.
W przypadku zainteresowania udziałem w warsztatach prosimy o kontakt na info@homesquare.eu.


Warsztaty artystyczne Jasmin Centner


Warsztaty artystyczne Jasmin Centner


Warsztaty artystyczne Jasmin Centner

Na Wielkanoc: króliki i zające Georgii Gerber

Święta Wielkiej Nocy tuż za pasem, nie wszędzie jednak widać wiosnę. Skoro pogoda nas nie rozpieszcza, sami musimy zadbać o dobry nastrój. Nam pomogły w tym prace amerykańskiej artystki, Georgii Gerber. Mamy nadzieję, że uroczym, rzeźbom zwierzątek z brązu uda się obudzić wiosnę także w Waszych sercach.



Wielkanocne zające Georgii Gerber


Specjalistka od królików

Mieszkająca w stanie Waszyngton Georgia rzeźby z brązu tworzy już bez mała 40 lat. Jednak dopiero całkiem niedawno, dzięki pomocy Internetu udało nam się do niej dotrzeć: rzeźba przedstawiająca króliki trzymające się za ręce (a właściwie łapki – patrz zdjęcie poniżej), zrobiła zawrotną karierę w rozmaitych mediach społecznościowych. Zapewne to nagłe zainteresowanie przyprawiło artystkę, która tworzy w zaciszu swojego położonego na wsi studia, o niemały ból głowy. Zainteresowanych wejściem w posiadanie tej przeuroczej rzeźby z góry informujemy: nie jest to możliwe. A przynajmniej nie do końca. Para królików to część grupy rzeźb przed biblioteką publiczną w Mukilteo, w stanie Waszyngton. Jest to unikalny projekt, a schodzące po stopniach zwierzątka to jedyny istniejący odlew. Jednocześnie na przestrzeni lat Georgia wielokrotnie wracała do tego tematu, tworząc przynajmniej kilkanaście rzeźb królików i zajęcy w zabawnych pozach.



Zające Georgii Gerber

Po lewej: „Wiejski taniec”; po prawej: „Króliki na schodach”, fragment grupy rzeźb dla Mukilteo Library



Animalistyczne rzeźby Georgii Gerber

Po lewej: „Taniec na księżycu”; po prawej: „Królicze opowieści”



Widzieć w glinie

Na brak pracy artystka z pewnością nie może narzekać. Brązowe rzeźby naturalnej lub ponadnaturalnej w przypadku królików wielkości zdobią wiele parków i instytucji, przede wszystkim w stanie Waszyngton. Georgia pracuje prawie codziennie i, co ciekawe, nigdy nie szkicuje ani nie tworzy modeli  – od razu rzeźbi w glinie. Posiada ten niezwykły zmysł, który pozwala rzeźbiarzom widzieć formę, która dopiero ma powstać w bloku surowej gliny. Większość rzeźb artystki powstaje właśnie w jednym kawałku materiału, z minimalnym wsparciem armatury. Georgia pracuje szybko: już po kilku godzinach z bryły wyłania się właściwy kształt, do ukończenia projektu mogą jednak minąć aż dwa miesiące, w zależności od tego, jak czuje artystka. Jak mówi „Duża część tworzenia opiera się na wiedzy, kiedy przestać”.



Georgia Gerber i jej rzeźby

Po lewej: Georgia Gerber z rzeźbą „Zając polarny”; po prawej: „Królicze podskoki”



Zające - rzeźby Goergii Gerber


Dzieci i zwierzęta – najlepsi przyjaciele

Co aż tak urzeka w rzeźbach zwierzątek wychodzących spod ręki amerykańskiej artystki? Chodzące na dwóch łapkach króliki, śpiące koty czy sympatyczne gęsi przypominają nieco rysunki ukochanej przez Anglików autorki książeczek dla dzieci Beatrix Potter. Sposób, w jaki Georgia portretuje zwierzęta jest jednocześnie realistyczny i odrealniony, bajkowy. Taka wrażliwość musiała spodobać się władzom biblioteki w Mukilteo, która zamówiła grupę rzeźb u artystki. Umieszczona przed wejściem do budynku instalacja, kreatywnie wykorzystuje charakter przestrzeni – króliki schodzą po stopniach, chłopiec z szopem na plecach przykucnął za ścianą, a pozostali bohaterowie siedzą lub tańczą, zajmując sporą część dziedzińca. Wyrzeźbione dzieci i zwierzęta łączy wyraźna nić porozumienia, a nawet zażyłość – uczestniczą we wspólnej przygodzie. Przygodzie, którą można przeżyć tylko na kartach książki. Czy można wyobrazić sobie coś, co bardziej poruszy wyobraźnię młodego czytelnika?



Rzeźby przed Mukilteo Library

Grupa rzeźb przed Mukilteo Library, Washington



Fragment grupy rzeźb Georgia Gerber


Mukilteo Library-Georgia Gerber (5)

Stylowe wnętrze nowoczesnej rezydencji

Stylowe wnętrze rezydencji położonej w nadmorskiej miejscowości Herzliya, na północ od Tel Awiwu, a zaprojektowanej przez Yulie Wallman, z rozmysłem podzielono na dwie główne strefy. Przytulną, intymną część rodzinną i tę formalną, znacznie większą i  bardziej wyrafinowaną. Podziału dokonano jednak w taki sposób, by – w razie potrzeby – oba obszary można było połączyć.


Stylowe wnętrze inspiracje


nowoczesna rezydencja w Izraelu




Lewitująca kostka

Nad główną przestrzenią strefy dziennej „lewituje” doskonale wyważony sześcian z betonu i szkła. To … główna sypialnia rodziców. Z wielkich okien apartamentu rozciąga się panoramiczny widok w dół  –  na ogólnodostępną część domu. Można stamtąd nawiązać kontakt wzrokowy z gośćmi i zaangażować się w spotkanie towarzyskie, jeśli akurat jest ochota. Nieoczekiwany kontrast masywnej kostki nieważko unoszącej się nad obszernym salonem niezawodnie zaskakuje wszystkich, którzy przekraczają próg tego domu po raz pierwszy.


nowoczesna willa z basenem. Izrael


Element zaskoczenia

Do rezydencji „House of the Hovering Cube” prowadzą ogromne drzwi, za którymi ujawnia  się stylowe wnętrze willi z hallem udekorowanym wielkoformatowym dziełem sztuki współczesnej. Yulie Wallman zaprojektowała je sama, z myślą o tym konkretnym domu. Zdecydowała się na ten ruch, ponieważ nie udało jej się w porę znaleźć niczego odpowiedniego. W każdym razie niczego, co „gadałoby” do tego miejsca. Kinetyczna rzeźba projektantki swobodnie kołysze się w przestrzeni, zostawiając swój negatyw na drzwiach windy, które przez to stają się dosyć nieoczywiste.




jadalnia ekskluzywnej, nowoczesnej willi




Stylowe wnętrze od kuchni

Do kuchni można przejść od strony salonu, przez otwierane elektrycznie drzwi z czarnego szkła, a także od strony jadalni – przez wykonane na zamówienie drzwi drewniane, perfekcyjnie „wtopione” w płaszczyznę ściany. Taki rozdział pozwala na nieskrępowane spożywanie posiłków w ścisłym gronie domowników, kiedy akurat zaistnieje taka potrzeba. Sama kuchnia także szczyci się szerokimi oknami oraz balkonem, z którego można spoglądać w dół, na kaskadę wody przepływającą nad wybrukowanymi tarasami w kierunku podpiwniczenia


widok z ogrodu na kuchnię i jadalnię ekskluzywnej willi, projekt: Yulie Wallman


Luksus w standardzie

Kameralne studio architektoniczno-projektowe Yulie Wallman specjalizuje się w tworzeniu stylowych wnętrz luksusowych apartamentów, rezydencji, biur oraz obiektów specjalnego przeznaczenia. Założycielka studia wierzy, że na unikalność każdego dobrego projektu  składa się przeprowadzony językiem designu dialog łączący funkcjonalne rozwiązania z właściwą kombinacją materiałów. Jej projekty są pomyślane i wykonane według najwyższych standardów, co sprawia, że pozostają aktualne przez długie lata. Należy do absolutnie wyjątkowego grona architektów, którzy publicznie uznają wagę dobrych zdjęć w promowaniu własnego brandu, dziękując fotografom, którzy jej towarzyszyli oficjalnym wpisem na swojej stronie.


nowoczesna kuchnia rezydencji projektu Yulie Wallman



zdjęcia: Amit Geron; źródło: Yulie Wallman

Dom w drewnie odważnie wpisany w zbocze góry

Nowoczesny dom w drewnie ulokowano na wschodnim zboczu El Maqui Brook. Wioska El Maqui leży nieopodal ulubionego miasteczka surferów – Pichilemu, stolicy prowincji Cardenal Caro, w środkowej części jednego z „najdłuższych” krajów świata – Chile. Klimat tego miejsca determinuje wietrzna bliskość morza Chilijskiego (będącego częścią Pacyfiku) – z jednej strony oraz łańcuch gór – z drugiej. Znajduje się ono w strefie objętej ochroną rezerwatu przyrody, w którym koegzystują zróżnicowane ekosystemy, w tym pojedyncze gatunki o szczególnym znaczeniu dla biologów. Życzeniem klienta był sezonowy dom w drewnie, przeznaczony dla rodziny składającej się z sześciorga osób. Wokół domu miał powstać ogród, którego elementem przewodnim byłaby woda.


odważny projekt domu w górach, Chile


El Maqui House, dom w górach, Chile


Primum non nocere

By nie naruszać cennej równowagi lokalnych ekosystemów, szukaliśmy dla tej inwestycji miejsca już nieco podniszczonego, pozbawionego bujnej wegetacji. Na takiej działce posadowiliśmy budynek, a nowe założenie miało wręcz odbudować krajobraz. Pozycja na wschodniej ścianie zapewniała domowi dobre nasłonecznienie i optymalną ekspozycję na panujące tu wznoszące prądy powietrzne. Rozwinięcie projektu – tj. kształt bryły i sposób, w jaki przestaje ona nad ziemię miał być odpowiedzią na dwie skrajne sytuacje: tę zastaną – związaną z topografią i warunkami hydrologicznymi oraz przyszłą – a więc z marzeniem właścicieli o ogrodzie obfitującym w wodę.


niegościnne zbocze góry okazało się idealną parcelą pod dom




Sypialniana panorama

Na pierwszy plan w całej okazałości wznosi się pawilon z częścią sypialną. Ta sekcja domu w drewnie jest mocno zorientowana na zaoferowanie domownikom możliwości podziwiania górskich widoków w dynamicznie zmieniających się warunkach pogodowych. Część dzienna przyjmuje natomiast pozycję dość hermetyczną i ma charakter prywatny, dedykowany zajęciom rodzinnym. Odwołuje się do bezpośredniego związku domu z ogrodem i wodą.




El Maqui House, widok z sypialni


Dom w drewnie, ogród w wodzie

Wielkość luster wody wokół budynku została zdefiniowana przez wyraźne życzenie wybudowania basenu oraz założenia stawu o funkcji filtra biologicznego, a zatem wymagającego odgałęzień i kaskad. Spora łączna powierzchnia akwenów i roślinność typowa dla terenów podmokłych pozwoliły na założenie „wydartego” wzgórzu ogrodu wodnego. Ogrodu, który zapewnia także specyficzny mikroklimat i pozwala sobie lepiej radzić z wysokimi temperaturami. Pozostając w bezpośrednim kontakcie ze strefą dzienną, w upalne lato niezawodnie przynosi zbawienną bryzę.


dom w drewnie, część dzienna. Chile




Szorstki urok El Maqui House

Dobór i charakter budulca również uwzględnia skrajne miejscowe warunki geograficzne, nie mogło być inaczej. Zbrojone mury oporowe i solidne ściany nośne wznoszono tu, na miejscu, wykorzystując szalunki stropowe oraz system deskowania na zakładkę. Budowla zyskała przez to solidny, „tektoniczny” wyraz, a jednocześnie pozostała przyjazna otoczeniu. Natomiast piętro powstało w oparciu o niezwykle efektywny system budowlany. Konstrukcja oparta na stalowej ramie nie tylko pozwoliła spełnić wymogi formalne, ale także uzyskać lekką, dobrze wentylowaną strukturę drewnianą, która pomaga zapanować nad gorącem. Dzięki swym niedoskonałościom, szorstkim teksturom i „podcieniom”, dom z drewna doskonale wpisał się w naturalny krajobraz, nie uważacie?


basen przy górskim domu, Chile


surowy drewniany dom w surowym górskim otoczeniu


Palenisko w ogrodzie – nowy trend wystroju ogrodów

Palenisko w ogrodzie – zwłaszcza to właściwie dobrane – niesamowicie podnosi walory aranżacyjne przydomowego zieleńca i zdecydowanie wydłuża czas korzystania z otwartej przestrzeni. Stanowi ucieleśnienie idei ognia jako źródła stabilizacji, spokoju i bezpiecznego schronienia. Zupełnie, jak antyczne atrium, wokół którego koncentrowało się życie rodzinne. Zachwyca wszystkie pokolenia. Zwłaszcza teraz, kiedy nastaną wiosenne coraz cieplejsze wieczory. Dni coraz dłuższe, a my nie możemy się doczekać, aż słońce zniknie za linią horyzontu i zapalimy je ciut szybciej, by poczuć, jak ciepło rozchodzi się po ciele przyjemną falą.


Luksusowe palenisko w ogrodzie AK 47


palenisko ogrodowe z amerykańskiej stali nierdzewnej


Palenisko w gródku - ognisko w ogrodzie


Jest taki blask …

Czy to, że światem nie zaczęła jeszcze rządzić wiosna oznacza, że jesteśmy skazani na siedzenie w domu? Otóż nie. Jeśli ma się palenisko w ogrodzie, można heroicznie stawić czoła każdej aurze. Ogień przegania chłód i zaprasza do wypoczynku na świeżym powietrzu, gdzie wszystko smakuje lepiej. Ogień na własnym podwórku jest jak mini-wakacje, jak ucieczka od zapracowanej codzienności do czegoś bardziej naturalnego. Palenisko w ogrodzie to wspaniała animacja i oprawa wieczorów towarzyskich. Nadaje zielonemu salonowi głębi i stawia go w zupełnie innym świetle. Dzięki płomieniom cały ogród migocze misternie rzeźbionymi cieniami każdej gałązki, każdego listka.


Tropikalny ogród z paleniskiem Ak47


palenisko w ogrodzie tworzy bardzo specyficzną atmosferę


Palenisko w ogrodzie – prywatne sanktuarium

Palenisko w ogrodzie to miejsce, do którego nie trzeba specjalnie zapraszać – jego magnetyzmowi jakoś nie sposób się oprzeć, wszak od tysięcy lat ludzie naturalnie gromadzą się wokół ognia. Ogień jest pełen sprzeczności, potrafi przynieść spokój i chaos. Jego potencjału do transformacji nie da się porównać z niczym innym. Bywa gwałtowny i nieokiełznany. Niszczący i oczyszczający. Podobno potrafi oddziaływać na ludzką psychikę prawie tak silnie, jak medytacja. Jeżeli coś bardzo Was trapi, spróbujcie w skupieniu zastanowić się nad przyczynami. Szczerze spiszcie swoje odczucia na kartce i – jeśli chcecie się ich pozbyć – pozwólcie, by płomienie strawiły „problematyczny” arkusz.


Paleniska ogrodowe The Fire Pit Gallery


Nowoczesne tarasy - meble

Palenisko Ignis Skagerak


Skala

Najlepiej, żeby palenisko w ogrodzie odpowiadało jego proporcjom. Całkiem maleńkie, owszem, będzie tańsze, ale może wypaść trochę niedorzecznie. Takie o sporej skali dobrze „kotwiczy się” w krajobrazie, stanowiąc jego niezbywalną oprawę. Zbyt wielkie, może się okazać przytłaczające, jeśli mamy skromne podwórko.


Stylowe paleniska w ogrodzie The Fire Pit Gallery


Mobilne ognisko

Jedne paleniska nadają się do tego bardziej, inne mniej, ale zawsze istnieje pewien zakres możliwości przemieszczenia się w ten zakątek, w którym akurat mamy ochotę posiedzieć. Tak się składa, że trochę inne miejsca wybieramy latem, a inne zimą, czy jesienią. No, chyba, że wolimy przytwierdzić palenisko w ogrodzie na stałe.


modne palenisko w ogrodzie


Płonąca rzeźba

Palenisko w ogrodzie będzie główną atrakcją wydawanych przez nas przyjęć. I to z pewnością bezpieczniejszą, niż całkiem otwarty ogień. Podstawa paleniska – czy to kamień, beton, czy stalowa misa, istotnie redukuje ryzyko, ale wiadomo – z ogniem zawsze trzeba ostrożnie. Ważne, by palenisko w naszym ogrodzie miało stabilną pozycję. Żadną miarą nie wolno dopuścić do tego, żeby rozpalona do czerwoności misa mogła się przewrócić! Święty ogień może sobie płonąć w miejscu osłoniętym od silnych podmuchów wiatru i z dala od koron drzew, którym zagrażają iskry. Pamiętajcie, by wokół było wygodnie, no i – by nie było zbyt ciasno. Zapewne chcielibyście móc swobodnie okrążyć ogień, nie ryzykując upadkiem. Pojedyncze siedziska wokół paleniska będą chyba praktyczniejsze, niż ławki, bo pozwalają na większą elastyczność. Łatwiej dostawić parę miejsc i zagęścić krąg wokół ognia, jeśli dojdą nowi goście.


Piękne paleniska ogrodowe - The Fire Pit Galler


duże palenisko w ogrodzie. AK 47, Włochy


I wszystko jasne

Szlachetne materiały, jak np. marmur z pewnością ‚podbijają’ design, sprawią, że nasze ogrodowe „urządzenie grzewcze” będzie wyglądać posągowo. Ale rację mają też ci, którzy optują za stalą nierdzewną, chociaż muszą się liczyć z większym kosztem. Najlepsze palenisko w ogrodzie, to takie, które nie potrzebuje zabezpieczenia przed żadnymi warunkami pogodowymi i jest gotowe do użycia nawet zimą.


Duże palenisko ogrodowe Ak47




Odrobina sztuki w ogrodzie

Palenisko w ogrodzie bez wysiłku tworzy wyjątkową atmosferę, wnosi doń tę bardzo pożądaną „substancję”. Jest wprost stworzone do tego, by dopełnić wystrój ogrodu i dołączyć do kompletu mebli ogrodowych. Świetlista instalacja doskonale prezentuje się na tarasie nowoczesnego domu i tam, gdzie awangardowy design przenika się z tradycyjną architekturą. Wpasuje się w każde podwórze i każde patio. Idealnie zestroi się z otoczeniem. To stylowe rozwiązanie dla tych, którzy poszukują najlepszej outdoorowej propozycji na syntezę użyteczności i designu.


palenisko w ogrodzie Helios Skageral

Palenisko Helios Skagerak


Palenisko na plaży - aranżacje przestrzeni


Plaża z paleniskiem - pomysły


palenisko AK 47 w prywatnym ogrodzie

O sztuce rysunku w czasach „high-tech” – mgr sztuki architekt wnętrz Agnieszka Kowalik

„Umiejętność rysunku jest źródłem i istotą samego malarstwa, rzeźby i architektury, i wszelkiego przedstawienia podpadającego pod zmysły […]. Rysownik, który stanie się panem tej umiejętności, ma w rękach skarb nieoszacowany.” – Michał Anioł

Odręczny rysunek jest jak swoisty kod genetyczny – unikatowy, wyjątkowy, immanentny. Rysowanie uczy nieszablonowego myślenia, pomaga skrystalizować pomysły i wypracować wrażliwość, niemożliwą do osiągnięcia za sprawą klawiatury komputera. To sztuka, w której spotykają się dobre i złe emocje, to zapis idei, to w końcu akt poznania, kompozycja wizualna będąca emanacją indywidualności. Choć rysunek wymaga „benedyktyńskiej” cierpliwości, powie o autorze o wiele więcej niż elektroniczny wyświetlacz.


Rysunek - Agnieszka Kowalik

Szkic węglem


Sztuka rysunku - Agnieszka Kowalik

Szkic ołówkiem


Na temat współczesnej kondycji sztuki rysunku oraz swojego warsztatu zechciała opowiedzieć Agnieszka Kowalik, magister sztuki, nauczyciel akademicki bydgoskiej Wyższej Szkoły Gospodarki na kierunku Architektura i Urbanistyka, wykładowca projektowania i rysunku w Katedrze Sztuk Wizualnych Wydziału Budownictwa, Architektury i Inżynierii Środowiska na Uniwersytecie Technologiczno – Przyrodniczym w Bydgoszczy. W ramach zajęć prowadzonych w autorskim Studiu Projektowym Kowalik zajmuje się projektowaniem wnętrz, projektowaniem graficznym i wzorniczym.


Szkic - Agnieszka Kowalik

Szkic ołówkiem


HomeSquare: Chcąc nie chcąc żyjemy w czasach masowej digitalizacji. Własnoręcznie napisany list zastępuje bezduszny sms, a tradycyjną fotografię wypiera wersja cyfrowa. Czy w czasach, kiedy prymarnym narzędziem nauki, pracy i rozrywki jest komputer, sztuka rysunku nadal cieszy się zainteresowaniem?

Agnieszka Kowalik: Komputer jest coraz powszechniejszym narzędziem, w zasadzie mamy go cały czas pod ręką (chociażby w postaci smartfona), jednak nie potrafi dać tej swobody użycia gestu i pozostawienia śladu. Może tymczasowego na piasku, może bardziej trwałego na papierze czy wręcz wyrytego w kamieniu. Coraz większa popularność tabletów wskazuje na potrzebę kreowania własnej ekspresji, a nie tylko tej opartej na możliwościach programów graficznych. Rysunek był, jest i będzie sposobem jej przekazania. Towarzyszy ludzkiemu istnieniu od zawsze. Rysując myślimy wielokrotnie; myślimy o tym co chcemy pokazać, nadajemy myślom kształt, angażujemy mięśnie wykonując gest, angażujemy wzrok oglądając i wreszcie widzimy czyli myślimy refleksyjnie.

HS: Z jakich względów nadal wykłada się rysunek? Oprócz funkcji dydaktycznej, jakie inne wartości posiada sztuka rysunku?

AK: Rysunek jest bardzo ważnym elementem sztuk plastycznych. Początkiem. Notatką myśli. Szybki szkic pozwala „zanotować” ideę w formie uproszczonej. Trudno wyobrazić sobie architekta, który bez przemyślenia, przerobienia tematu w głowie i na papierze od razu przechodzi do projektowania komputerowego. W takim przypadku możliwe jest zagubienie idei i przejście tylko na techniczne, mechaniczne rozwiązanie projektu. Jak mówiłam wcześniej, wszyscy chcemy zostawić ślad, zanotować ten świat po swojemu. Każdy rysunek jest inny, nosi piętno autora. Niezależnie od tego czy jest linearny, walorowy, płaski, perspektywiczny, realistyczny czy abstrakcyjny… To trochę tak jakbyśmy oglądali świat oczami innych ludzi. Może być samoistnym podziwianym dziełem sztuki, uproszczonym szkicem, skrótowym zapisem myśli…


Szkic ołówkiem - Agnieszka Kowalik

Szkic ołówkiem


Rysunek markerem - Agnieszka Kowalik

Rysunek markerem


Technika mieszana - Agnieszka Kowalik

Rysunek wykonany techniką mieszaną


HS: Czy przywiązuje Pani wagę do instrumentów piśmiennych?

AK: Wybór narzędzia zależy od celu. Inne środki użyjemy do rysunku artystycznego, inne do rysunku technicznego, inne do pisania…Ważny jest chociażby format tła. Mocniejsze i bardziej wyraziste środki będą potrzebne przy większym formacie. Węgiel, miękkie ołówki (B 6 – B8), grube rysiki dadzą mocniejszy ślad. Chociaż to możliwe, jednak opracowanie rysunku ołówkiem 0,5 mm na formacie A1 jest bardzo czasochłonne. Więcej ekspresji da mocniejsze narzędzie. Co ciekawe, po wielu latach doświadczeń, wiem, że duża liczba studentów ma problem z przejściem na większy format. Niektórzy się w tym odnajdują, inni nie.

HS: Na co zwraca Pani uwagę wybierając te artykuły?

AK: Oczywiście ważna jest tu funkcjonalność i wygoda użycia, ślad zostawiany przez narzędzie… Do korekty najczęściej używam ołówka. Rysując na pobocznej kartce lub w razie konieczności na projekcie. Jest mniej inwazyjny dla autora, w razie konieczności jego ślad można usunąć. Natomiast korekty mające być od razu uwidocznione, mocne zmiany, oznacza się wyraźnym akcentem – kolorem czerwonym. Do podkreślenia, wybicia czegoś w tekście świetnie się sprawdzają neonowe zakreślacze. Obecnie popularnym i lubianym środkiem rysunkowo – projektowym są promarkery.
W przypadku rysunku artystycznego interesujące efekty daje łączenie różnych technik, do czego namawiam również studentów.


Tusz i pisak - rysunek Agnieszka Kowalik

Rysunek wykonany tuszem i pisakiem


Rysunek - technika mieszana

Rysunek wykonany techniką mieszaną


HS: Jakie cechy Pani zdaniem powinien posiadać dobry instrument piśmienny?

AK: Powinien być niezawodny i wygodny w użyciu. Najprostszy długopis może pisać lekko, bez wysiłku ślizgać się po powierzchni kartki, lub stawiać tępy opór podczas pisania. Może to wręcz fizycznie zmęczyć użytkownika.

HS: Czy w swojej pracy stosuje Pani metody kreślarskie czy nowoczesne rozwiązania?

AK: Kreślenie ręczne wymaga większej samodyscypliny. Odpowiada się za każdą kreskę, na każdym etapie kontroluje projekt. Oczywiście komputer ułatwia i przyspiesza pracę, wręcz wyprzedza nasza ruchy. To spowalnia kontrolę, powoduje bezmyślne „wrzucanie” gotowych elementów. Jest różnica między projektowaniem a składaniem gotowych klocków. Programy projektowe upraszczają się, by użytkownik miał łatwiej, by było bardziej efektownie. Należy pamiętać, że wizualizacje to nie zdjęcia. Wymogi czasów są takie, że właściwie wszyscy korzystamy z innowacyjnych rozwiązań. Przy ich użytkowaniu należy pamiętać, by sprawdzić tego efekty. Może częściej wracać do rysunku odręcznego?


Rysunek ołówkiem - Agnieszka Kowalik

Szkic ołówkiem


Rysunek ołówkiem - Agnieszka Kowalik

Szkic ołówkiem


Opublikowane rysunki pochodzą z kolekcji Agnieszki Kowalik.

Targi IFA 2016 – najgorętsze technologiczne nowości!

Mogłoby się wydawać, że rynek nowoczesnych technologii niczym nas już nie zaskoczy. Jakże mylne było to założenie! Podczas międzynarodowych targów elektroniki użytkowej IFA 2016, odbywających się, jak co roku, we wrześniu, w Berlinie, byliśmy świadkami kolejnych gadżetowych i sprzętowych cudów. Elektronika prezentowana zarówno przez najsłynniejszych producentów, jak i tych dopiero raczkujących w swojej drodze na szczyt, obejmowała: telewizory, zaawansowany sprzęt audio, tablety, smartfony, szeroki asortyment sprzętu AGD, systemy typu „inteligentny dom” oraz wiele innych. Co wzbudziło w nas największe emocje? Oto najwięksi bohaterowie IFA 2016, którzy zaintrygowali nas swoim innowacyjnym podejściem do świata elektroniki:


Berlin - IFA 2016

Fot. IFA Berlin



Odkurzanie freestyle z firmą Dirt Devil

Sprzątanie w dzisiejszych czasach nie musi być mozolną, wręcz znienawidzoną przez wszystkich czynnością. By to udowodnić, firma Dirt Devil zaprezentowała aż cztery linie modelowe odkurzaczy bezprzewodowych: Cavalier, Samurai, Renegade i Joker. Już same ich nazwy wskazują, że tym strażnikom czystości żaden kurz niestraszny! Ruszają do ataku z pełną mocą i zapałem, poruszają się bardzo cicho, by nie zaburzyć domowego spokoju, są wyjątkowo energooszczędne, a parametrami wyjeżdżają daleko do przodu od dzisiejszych wymagań UE. Podczas IFA 2016 obok wspomnianych serii pokazano również roboty sprzątające oraz zaawansowane urządzenia do czyszczenia podłóg twardych i posadzek, dzięki którym Twój parkiet będzie zawsze gotów na taneczne harce. Dołóżmy do tego futurystyczny wygląd niczym z hitowej kreskówki Jetsonowie i produkty przyszłości mamy właśnie przed sobą.


Odkurzacze bezprzewodowe Dirt Devil - IFA 2016

Dirt Devil®



Harmonia i piękno – Harman

Koncern Harman, także podczas IFA 2016, nie zawiódł swoich oddanych fanów i spośród znanych marek zaprezentował między innymi, zwycięskie produkty tegorocznych nagród EISA 2016-2017. Na wystawowych półkach znalazły się więc słuchawki high-end AKG N90Q, zatwierdzone przez legendarnego producenta Quincy Jonesa. Obdarzone złotą elegancją, uzupełnione o czarną skórę i zaakcentowane aluminiowym wykończeniem, podbiły serca wszystkich zwiedzających. Na uwagę zasługują również inne nagrodzone sprzęty: słuchawki bezprzewodowe JBL Reflect Mini BT dla tych, którzy nie lubią ograniczeń oraz wodoodporny głośnik Bluetooth JBL Charge 3 dla lubiących dzielić się muzyką z innymi.


Słuchawki AKG - IFA 2016

AKG N90Q
Fot. JBL Pl


Słuchawki JBL - IFA 2016

JBL Reflect Mini
Fot. JBL Pl


Wodoodporne głośniki JBL - IFA 2016

JBL Charge 3
Fot. JBL Pl


Wszystkie osoby stawiające na aktywność fizyczną mogły wypróbować słuchawki sportowe JBL Under Armour Sport Wireless i JBL Under Armour Sport Wireless Heart Rate, jak również JBL Contour czy JBL Reflect Aware (wyposażone w złącze Lightning). Zainteresowani rozwiązaniami w dziedzinie tzw. Connected Home przyjrzeli się z bliska nowej serii Harman Kardon Omni+, soundbarom JBL SB450 oraz Harman Kardon SB20, a także bezprzewodowemu głośnikowi JBL Playlist 150.



Pół miliarda pikseli dla całej rodziny – LG stawia na rozmach

Ma aż 5 metrów wysokości, 7,4 metra szerokości i 15 metrów długości. Co to takiego? Tunel OLED od LG, który składa się z aż 216 zakrzywionych ekranów OLED 55 cali. Robi wrażenie prawda? Dodajmy do tego budującą napięcie muzykę z wybranego źródła internetowego i seanse rodem z największych sal kinowych na świecie. Cóż, chyba będziemy musieli powiększyć nasz salon.


LG IFA 2016

Tunel LG OLED
Fot. IFA Berlin



Chodź, ugotuję Ci świat – LG nie oddaje pola, także na arenie AGD

Ponoć większość domowych przyjęć w Polsce zaczyna i kończy się w kuchni. Zapewne sporo w tym prawdy, dlatego też LG w czasie targów IFA 2016 postanowiło zaprezentować niesamowitą lodówkę Smart InstaView Door-in-Door, która posłuży nam nie tylko do przechowywanie artykułów spożywczych, lecz także urozmaici codzienne gotowanie i umili czas spędzany w sercu każdego domu. Sprzęt ma wmontowany panel InstaView z ekranem 21,5 cala, działający pod kontrolą systemu Windows 10. Możemy więc do woli przeglądać Windows Store, listę aplikacji czy wyszukiwarkę Edge, a następnie stworzyć danie a’la MasterChef. Po wszystkim wystarczy jedno dotknięcie palcem i wracamy do transparentnego panelu sterującego.


LG Lodówka - IFA 2016

LG Smart InstaView Door-in-Door Fridge
Fot. IFA Berlin



LG Smart InstaView Door-in-Door Fridge
Fot. LG



Niczym As w rękawie – pralka LG z Centum System

Pralki z Centum System i z 20-letnią gwarancją na silnik to trwałość, ekonomia i niezrównany komfort pracy w jednym. Ich drgania i wibracje mają być wręcz niewyczuwalne, co potwierdza układana na sprzęcie wieża z talii kart. Podczas IFA 2016 wszystko odbywało się na oczach potencjalnych klientów, więc nie mogło być mowy o żadnym triku lub kleju utrzymującym tak delikatną konstrukcję. Nigdy więcej nie musimy przekładać prania na inną godzinę. LG pokazuje, że każda pora dnia i nocy jest dobra!


LG Centum System - IFA 2016

Pralka LG z Centum System
Fot. LG



„Kolorowe kredki w pudełeczku noszę” – albo zaczarowane pióro da Vinci

Graficy i artyści pracujący nad projektami w domowym zaciszu chętnie odwiedzali stoisko firmy da Vinci, gdzie prezentowano nie tylko zaawansowane drukarki 3D, lecz także specjalne pióro 3D PEN. Ma ono poszerzać pole kreatywności i pomóc w tworzeniu dzieł wielowymiarowych. Przyznajemy, że sprzęt ten obudził w nas wewnętrzne dziecko.


IFA 2016 - 3D PEN

3D PEN marki da Vinci
Fot. AEMCA


IFA 2016 - da Vinci

Fot. AEMCA



Oooo Beko!

Któż z nas nie rozczulił się nad słynną reklamą telewizyjną, w której to przyszły tata, przy wsparciu lodówki Beko, spełnia wszystkie zachcianki swojej żony? Tym razem producent postawił na ekspozycję sprzętu w barwach sponsorowanej przez siebie Barcelony – coś w sam raz dla oddanych kibiców piłki nożnej. A dla ceniących elegancję wprowadzono stylową linię czarnych pralek. Czy pomysł się sprawdzi? W czasie trwania IFA 2016 ciekawskich spojrzeń i pytań nie brakowało, więc trzymamy kciuki. W końcu do odważnych świat należy!


Lodówka Beko - IFA 2016

Fot. Beko



Coś dla rodziców i ich pociech – elektryczna deska HAMA

No cóż, może i gadżet faktycznie bardziej dla nastolatków, ale kto z nas nie marzy o powrocie do dzieciństwa? Firma HAMA udowadnia, że zabawa elektrycznymi deskorolkami Slalom Cruiser i Cross Cruiser należy się każdemu, bez względu na wiek! Sprzęty te, zwane inaczej hoverboardami lub mini-Seagway’ami, stały się niezwykle popularne, zwłaszcza, że można ich używać zarówno w ciągu dnia, jak i po zmierzchu (jasne oświetlenie LED). Obydwa projekty zostały szczegółowo przetestowane pod kątem bezpieczeństwa, jakości i niezawodności. Deskorolki poruszają się z maksymalną prędkością 15 km/h i można na nich przejechać aż 18 kilometrów. Później wystarczą 3 godziny ładowania i można znów ruszać w drogę. Wyjątkowo ciekawa alternatywa dla zwykłego spaceru, hulajnogi czy roweru.


HAMA Slalom Cruiser - IFA 2016

Slalom Cruiser
Fot. HAMA


HAMA - IFA 2016

Slalom Cruiser
Fot. HAMA



Komu w drogę, temu czas – nowy smartwatch od Samsunga

Firma Samsung ani przez chwilę nie zwalnia tempa. Nowe wersje smartwacha Gear S3 – Classic i Frontier – wzbudziły masę pozytywnych „och” i „ach” podczas targów IFA 2016. Sprzęty posiadają oczywiście system nawigacji satelitarnej GPS, miernik prędkości, wysokościomierz i barometr, co ucieszy fanów dłuższych przebieżek i wycieczek turystycznych. Do tego mamy także odporność na wodę i pył (IP68) i solidne szkło Corning Gorilla Glass SR+. Wbudowany głośnik i mikrofon to swoboda odbierania i prowadzenia rozmów telefonicznych. Co zaskakuje? Moduł LTE dostępny w części modeli, który umożliwia przekształcenie eleganckiego zegarka w zupełnie samodzielne i niezależne od smartfona urządzenie. Cztery dni na jednym ładowaniu to kolejna zaleta.


Smartwatch Samsung - IFA 2016

Samsung Gear S3
Fot. IFA Berlin



Gdzie on jest? – Niewidzialny telewizor Panasonic

Mogłoby się wydawać, że firma Panasonic próbuje nas oszukać i zaprezentować coś, czego nie ma. Przecież pod wpływem odpowiednich magicznych sztuczek, człowiek jest w stanie uwierzyć w rzeczy niestworzone, nieprawdaż? A jednak! Wśród szklanych gablot i półek z różnymi przedmiotami sprytnie wmontowano prototyp pierwszego przezroczystego telewizora. Może on swobodnie zastępować szybę lub witrynę. Obraz w rozdzielczości Full HD to dla nas oczywiście troszkę za mało, ale sam pomysł będzie udoskonalany, więc kto wie, czy za kilka lat dzieło Panasonica nie stanie się multimedialnym centrum inteligentnego domu. Z niecierpliwością czekamy na ten moment!


Niewidzialny telewizor Panasonic - IFA 2016

Telewizor Panasonic
Fot. IFA Berlin



Sala kinowa w Twoim salonie – Sony i nowy projektor kina domowego

Pogoda za oknem nie nastraja do wychylania nosa spod kołdry? Interesujący wieczór stoi pod znakiem zapytania? Zaprezentowany przez Japończyków projektor Sony VPL-VW5000ES jest idealną odpowiedzią na spędzenie wolnego czasu. Teraz możemy mieć kino ze wsparciem dla obrazu 4K HDR we własnym domu. Sprzęt ma wbudowaną lampę o jasności 1800 lumenów oraz wspiera technologię oszczędzania baterii. Praca do 6 tysięcy godzin i kontrast dynamiczny do 350000: 1 robią wrażenie. Oprócz zamiany ściany w ekran z prawdziwego zdarzenia, mamy także możliwość korzystania z niej zupełnie jak z interaktywnego ekranu dotykowego. Własne kino na miarę przyszłości!


Sony - IFA 2016

Sony VPL-VW5000ES
Fot. Sony



Mamma mia! Tym razem nam się upiecze! – Pizza według G3 Ferrari

Wiadomo, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Mówimy tu nie tylko o przysłowiowych „smaczkach” w świecie elektroniki, lecz także o samych posiłkach i najprawdopodobniej najsłynniejszym daniu na świecie, czyli pizzy! Podczas targów IFA 2016 firma G3 Ferrari zaprezentowała gorącą ofertę specjalnych maszyn do pieczenia tego specjału. Jednym z modeli jest piecyk Pizzeria Snack Napoletana, który rozgrzewa się aż do 400 stopni Celsjusza (wbudowany termostat). Wyglądem może i przypomina stary, babciny prodiż, jednak jego wnętrze skrywa solidne stalowe grzałki oraz dwa kamienie o średnicy 31 cm. Producent gwarantuje, że ulubioną pizzę zrobimy w zaledwie 5 minut i to bez wysychania sosu! Samo urządzenie jest bardzo kompaktowe, więc nie zajmie nam sporo miejsca w kuchni.


Maszyna do Pizzy 3G Ferrari - IFA 2016

Piecyk do pizzy Pizzeria Snack Napoletana
Fot. G3 Ferrari


Pizzeria Snack 3G Ferrari - IFA 2016

Piecyk do pizzy Pizzeria Snack Napoletana
Fot. G3 Ferrari



Niech stanie się światłość – „smart” żarówki Sengled

Takiej premiery dawno nie było na targach IFA! Od teraz żarówki to nie tylko źródło światła, ale także wielofunkcyjne urządzenia. Firma Sengled przedstawiła model Snap, wyposażony w kamerę oraz model Boost ze zintegrowanym repeaterem WiFi. Obie wersje to wysoce energooszczędne żarówki LED. Snap, dzięki wbudowanemu obiektywowi szerokątnemu, może posłużyć, jako kamera do monitoringu lub elektroniczna niania. Wszystkie dane przesyłane są do dedykowanej aplikacji mobilnej lub zapisywane w chmurze. Boost umożliwia powiększenie zasięgu sieci WiFi oraz poprawienie siły sygnału w miejscach, w których jest on wyjątkowo słaby.

The Cyclotron Bike – rower przyszłości?

Rower przyszłości? Brzmi jak sen kolejnych pokoleń cyklistów, bo chociaż pojazd wynaleziono w XIX wieku, tak naprawdę niewiele zmieniło się w jego konstrukcji. Aż do teraz. Dzięki inicjatywie zdobywającej niebywałą popularność na Kickstarterze już niedługo na drogi wyjedzie futurystyczny rower: The Cyclotron Bike.

Cyklotron nowoczesny rower przyszłości

Widoczność przede wszystkim

Rower przyszłości cechuje się wręcz niewiarygodnym designem. Lekkość, solidność, prostota – oto dynamizm zaklęty w The Cyclotron. Pisząc design, nie mamy na myśli wyłącznie surowego wyglądu, ale całą funkcjonalność, przemyślaną konstrukcję, która nosi wyraźne znamiona perfekcji.

The Cyclotron stawia na światło! W końcu tak często rowerzyści lekceważą podstawowe zasady bezpieczeństwa, nie montując świateł, nie korzystając z odblasków. Rower przyszłości rozwiązuje problem innowacyjną konstrukcją. Wewnętrzna strona kół świeci intensywnym, wyraźnym światłem ułatwiającym jazdę i dostrzeżenie przez kierowców nawet z większej odległości. Dodatkowymi funkcjami są: klasyczna czerwona lampka pod siodełkiem oraz laserowe światło rysujące od tyłu tor jazdy. Nie przejmuj się zasilaniem – bateria słoneczna pobiera energię nawet w zacieniony dzień.

Cyklotron ergonomiczny miejski rower
Cyklotron LED nowoczesny rower

Prawdziwą rewolucją wydają się niezawodne koła typu „Hubless”. Pozbawione opon, wykorzystują polimer, a więc nie trzeba już wozić ze sobą przestarzałej pompki ani wypatrywać najbliższej stacji benzynowej. Jakby tego było mało – zrezygnowano ze szprych, umożliwiając montaż w ich miejscu specjalnych modułów do przewożenia przedmiotów, np. osiedlowych zakupów.

Kosze na zakupy cyklotron
Cyklotron foteliki dla dzieci miejski rower

Wygoda i nowoczesność

Żaden porządny rower, również rower przyszłości, nie może obyć się bez przerzutek. The Cyclotron daje właścicielowi wybór: możesz korzystać z dwunastu manualnych biegów albo zaufać maszynie, stawiając na tryb automatyczny, który dopasowuje bieg do powierzchni oraz tempa jazdy. Napęd sprytnie ukryto w ramie.

Cyklotron dwa moduły jazdy nowoczesnego roweru

Już wspominaliśmy o lekkości? Trudno nie powrócić do tego określenia w kontekście The Cyclotron. Podwójna warstwa włókna węglowego i ukryte wewnątrz mechanizmy zapewniają solidność bez ociężałości. Nie jest to najlżejszy rower świata, co nie zmienia faktu, że użytkowanie zapowiada się bardzo komfortowo.


Rower przyszłości nie byłby godny swojego miana, gdyby nie został naszpikowany elektroniką. Zintegrowanie z aplikacjami Android oraz iOS wydaje się wręcz obowiązkowym ruchem. Nawigacja przyda się szczególnie na nowych trasach, a samo połączenie z modułem GPS daje coś więcej: ułatwienie w przypadku kradzieży lub groźnej kolizji.

Cyklotron inteligentny rower integralny ze smartfonem

Rower przyszłości – Smart Rower

Na koniec ostatnia z większych zalet. Cena. Oraz idea. The Cyclotron jest dziełem wyobraźni, fascynacji futurystycznym designem i efektem odwagi w poszukiwaniu możliwości realizacji marzeń. Fundusze pozyskane na Kickstarterze budzą szacunek i umożliwiają szybszą premierę roweru. A jego koszt? Te 1000 czy 1500 dolarów naprawdę wydają się małą sumką, gdy spojrzymy na ogrom możliwości i rozmach projektu.


Rower przyszłości staje się teraźniejszością. Utrzymując tempo pre-orderów i donacji, marzenia są rzeczywistością. Twórcy zapewniają, że pozostały ostatnie poprawki, organizacja wszystkich formalności i projekt wchodzi w życie. Zapewne w 2017 roku, ale gdy zobaczymy The Cyclotron na drogach… świat pojazdów nigdy nie będzie już taki sam.

Spa w domu. Coraz chętniej aranżujemy sauny i domowe strefy spa

Już Sokrates mawiał, że „wypoczynek to największe z dóbr” i jesteśmy w stanie się z nim zgodzić. Okazuje się jednak, że dziś chętnie płacimy za to, by ktoś nam wskazał, gdzie i jak mamy wypoczywać. Dawniej jeździło się do  wód, potem do sanatoriów. Od dobrych kilku lat jeździmy lub chadzamy do spa, a przecież korzystanie ze spa w domu może być równie regenerujące i upiększające, jak ekskluzywne zabiegi w salonach czy kurortach. Kiedy ma się spa w domu – w miejscu, w którym czujemy się najswobodniej, do którego nie trzeba się umawiać, ani dojeżdżać – wystarczy spontanicznie korzystać z nadarzających się okazji, kiedy nikt nam nie przeszkadza, by regularnie poddawać się dobroczynnemu działaniu głębokiego relaksu.


Prywatna strefa wellness - zadbaj o siebie w domowym spa

spa w domu – tu z leżanką Sway, panelem Sonnenwiese (słoneczna łąka) i sauną. Źródło: Klafs

Wersja dla minimalistów czy wchodzimy na wyższy level?

Do stworzenia spa w domu potrzeba tak niewiele. Wersja minimum to po prostu czysta łazienka z wanną (w ostateczności natryskiem), natomiast wprowadzenie kilku elementów nowoczesnego wyposażenia wellness z pewnością wzniesie domowe spa na wyższy poziom. Już kilka metrów kwadratowych dedykowanych naszemu dobrostanowi umożliwi wprowadzenie do domu np. profesjonalnej sauny. Sauna to dość oczywiste skojarzenie z rytuałem spa, ale są też inne, niezwykle kuszące „zabawki”, by wymienić choćby sauny na podczerwień i promienniki światła o właściwościach zbliżonych do słonecznego (światłoterapia jest zresztą cudnym uzupełnieniem dbania o zdrowie poprzez wodę). Są także łaźnie i prysznice parowe, wanny z bąbelkami, systemy schładzania i rozmaite leżanki.


Spa w domu, z własną sauną. Tu: propozycja firmy Klafs

Leżanka jak mamina kołysanka

“Najbardziej mi nieprzyjemnie, gdy czuję, że nie ma mnie we mnie” Stefan Pacek. No właśnie – zestresowani pracą i odpowiedzialnością coraz łatwiej tracimy kontakt z własnym ciałem i coraz częściej miewamy chroniczne problemy z zasypianiem. Prawie każdy, kto dobrnął do tego akapitu doświadczył udręki nieprzespanej nocy, kiedy to przewracamy się z boku na bok, nerwowo zerkając na zegarek. Do znienawidzonego dźwięku budzika (choćbyśmy ustawili najmniej irytujący z możliwych) zostało coraz mniej czasu, a sen – jak nie przychodził, tak nie przychodzi. Zasypiamy „snem sprawiedliwego” dopiero kilka minut przed alarmem i podrywamy się na jego rozkaz wykończeni, nie dowierzając, że to się dzieje naprawdę. Najgorsze, że rzecz wcale nie dotyczy wyłącznie dorosłych. W XXI wieku przebodźcowane dzieci także mają kłopot ze zdrowym snem. Odpowiedzią na ten syndrom może okazać się leżanka SWAY. To coś, co działa na ciało i zmysły zupełnie, jak matczyne ramiona na oseska, względnie jak polegiwanie w łódce na spokojnych wodach jeziora.


Leżanka Sway sprawdza się tak samo dobrze w kurortach, jak i w spa w domu

leżanki SWAY – sprawdzają się w kurortach i w spa w domu

Wymyślono ją, by kołysała dokładnie z taką częstotliwością, jaka optymalnie dostraja ruch do naszych fal mózgowych. Na Sway nie doświadczymy żadnej gwałtowności, żadnych niepożądanych wibracji (wypróbowaliśmy podczas prezentacji na targach iSaloni w Mediolanie, tym bardziej polecamy). Czas i przestrzeń szybko tracą swe znaczenie, gonitwa myśli nakręcana wymogami współczesnego świata znika jak kostka lodu w ciepłym drinku. Umysł odkleja się od codzienności. Zostaje przyjemne tu i teraz. Oddech wyrównuje się, puls staje się miarowy i spokojny, „puszczają” napięte bezwiednie mięśnie. Po chwili Sway wprowadza użytkownika w stan głębokiego relaksu, a następnie w regenerującą drzemkę. Już po kwadransie takiego odprężenia wzrasta wydajność organizmu i zdolność koncentracji, a regularne drzemki niwelują niszczące działanie stresu i zapobiegają wielu chorobom. Zapewne nic nie stoi na przeszkodzie, by korzystać ze Sway jak z pełnoprawnego, wygodnego łózka. Leżakowanie znów jest en vogue!


leżanka, która na pewno pomoże Ci zasnąć. Sway by Klafs

Prywatna łąka „na kwadracie”

Palące słońce bywa równie nieprzyjazne dla naszej skóry, jak chłoszczący zimą mroźny wiatr. To pierwsze dotyczy nas tylko przez krótkie i kapryśne w Polsce lato, ale słońcem można się dziś rozkoszować … w ramach spa w domu! „Słoneczna łąka” firmy KLAFS oferuje nam możliwość uzyskania złotej i bezpiecznej opalenizny bez wychodzenia na dwór (panel wyposażono w wentylację oraz szybę ochronną z filtrem, a także alarm, który poinformuje nas, gdyby ochrona przestała działać). Melanina odpowiedzialna za brązowienie skóry jest stymulowana (i produkowana na nowo) łagodnym promieniowaniem nadfioletowym. W trakcie korzystania z prywatnej „słonecznej łąki” istniejąca już w skórze melanina prowadzona jest do jej górnych warstw. Właśnie dzięki temu powstaje piękna, długo utrzymująca się opalenizna. Ten rodzaj nasłonecznienia występuje wyłącznie u firmy KLAFS, która opatentowała swoją technologię. Przyda się zapewne osobom, które są wybitnie wrażliwe na mocną operację słoneczną, ale i wszystkim tym, którzy już jesienią – z jej braku – na długo popadają w przygnębienie. Uwaga! Występuje też wersja wspomagająca wytwarzanie kolagenu! A jak to wpływa na skórę, szczególnie tę dojrzałą – tego chyba tłumaczyć nie trzeba, zwłaszcza Paniom.


uzupełnienie rytuału spa w domu - bezpieczne opalanie. Klafs

Spa w domu czy na wynos?

… „latem większość tego towarzystwa postanawia wyjechać na wypoczynek, z którego zawsze wraca się w stanie skrajnego wycieńczenia.” Tak uważał Tomasz Beksiński i coś w tym jest. Pierwszy dzień w pracy po powrocie z urlopu rzeczywiście bywa depresyjny. A po nim pozostaje jeszcze kilkadziesiąt tygodni roku, w których nie przewidziano wakacji. I co? I wtedy pierwsze miejsce na pudle zajmują ci, którzy urządzili sobie spa w domu! Oni nie muszą nigdzie wyjeżdżać, by dopieścić swoją duszę. Ba! Mogą nawet zaprosić swoich przyjaciół na ożywcze spa party! Nie mylić z ospa party. Tak – w przeciwieństwie do wielu nowych mód, których skutki mogą okazać się opłakane, spa party przynosi same korzyści. Tylko wyłączcie telefony, koniecznie! Przyciemnijcie światła, zapalcie świece (a może nawet naturalne kadzidła?) i poddajcie się delikatnie stymulowanej odnowie biologicznej dzięki spa w domu. Zastosujcie dobre, bezpieczne kosmetyki – np. naturalne maski lub peelingi. Jeśli macie ochotę, postawcie na brzegu wanny czy w saunie herbatkę, zdrowy koktajl lub filiżankę dobrego kakao. Warto też nastawić muzykę, która działa na Was kojąco – każdy ma przecież swoją ulubioną. Dajcie sobie tyle czasu, ile potrzeba, by po rytuale niczym niezmąconego wyciszenia otulić promienną skórę balsamem, a ciało mięciutkim szlafrokiem. Zaproście samych siebie do spa w domu – każdy zasługuje na to, by sobie trochę pofolgować. Po takim zdrowym seansie, jak najbardziej „na miejscu” – z jasnym, spokojnym umysłem  można na nowo mierzyć się z rzeczywistością.



artykuł powstał we współpracy z firmą Klafs

Whaletone – przyszłość pianistyki

Katarzyna Marchlewska: To, że wyśnił Ci się Whaletone już wiemy, ale chciałabym zapytać, co właściwie skłoniło Cię do tego, żeby jednak się rzucić z tą motyką na słońce? Fortepian – instrument święty, wiadomo. Od 200 lat, dla prostego rachunku, był tylko lekko modyfikowany, a Ty nagle wywracasz go całkiem na lewą stronę …  Zupełnie, jak ten, co to nie wiedział, że się nie da zrobić, przyszedł i po prostu to zrobił?!


fortepian Whaletone

foto: Szymon Polański – polanskistudio.pl

Robert Majkut: Rzadko się zdarza w życiu projektanta, że dostaje od losu taki prezent w postaci pewnej skończonej idei, którą widzi. To nie jest sytuacja oczywista, ani wpleciona w metodykę pracy. Nie można sobie wykalkulować, że pracując nad jakimś projektem dochodzi się do takiego mentalnego poziomu sprawności, w którym – po prostu – widzi się  rzeczy kompletne, skończone i w takiej formie, w jakiej nie będzie już żadnego „ale”, zanim się je wszystkie narysuje, zwizualizuje, złoży w całość. Tak się nie dzieje. Zazwyczaj, projektowanie jest takim procesem, w którym warstwa po warstwie następuje po sobie nabudowywanie wiedzy, czy zmian. I to się bardziej buduje przed oczami, niż wewnętrznie. Oczywiście, są takie imaginacje, które powodują, że intuicyjnie widzimy wewnętrznym okiem, jak jest lepiej i dopiero później, kierowani tym impulsem, korygujemy jakiś kurs. Ale tak, żeby pojawił się pomysł, idea, produkt, który widzi się w sposób absolutnie kompleksowy? To nie są sytuacje częste. Bywa, że w ogóle się ludziom nie zdarza, więc niezwykłość takiego zjawiska jest – wydaje mi się – wystarczającym impulsem do tego, żeby go nie lekceważyć.

KM: Czyli to jednak był taki „indiański” impuls – z trzewi, z brzucha?

RM: Trochę tak. To są rzeczy niezwykle unikalne i one – mam wrażenie – niosą ze sobą wewnętrzną siłę, która wynika właśnie z tego, że nawet dla mnie – jako autora tego wdrożenia, bo nawet trudno powiedzieć, czy ja jestem do końca autorem tego pomysłu – są nieco zaskakujące. Whaletone zrodził się jakby samoistnie. Ja jestem tylko transponderem, który z jakiegoś niebytu i olśnienia, wykorzystując swoje doświadczenie i umiejętności sprawił, że Whaletone zaistniał fizycznie. To takie bardzo Frommowskie jest … Istniejemy w jakiejś zbiorowej świadomości, z której czerpiemy czasami jakiś bezpośredni kontakt i to on sprawia, że mamy ogląd szerszy, niż zazwyczaj. I być może to właśnie sprawiło, że zrozumiałem wagę sytuacji? Starałem się tego nie zlekceważyć, a wcale nie był to łatwy proces. Naprawdę. Zajęło to parę lat, zanim koncept stał się rzeczą.


Robert Majkut - twórca fortepianu Whaletone

Robert Majkut; foto: Piotr Waniorek

KM: Z czego jest zrobiony Whaletone? Co to są za materiały? Interesuje mnie to, zakładam że to jest jakiś polimer?

RM: Tak. Robimy go z żywic kompozytowych – to materiały, z których wykonana jest zewnętrzna skorupa, no ale oczywiście to nie wszystko. Wewnątrz mamy też drewnianą konstrukcję, która przenosi i usztywnia całość, która jest stelażem konstrukcji wewnętrznej związanej z akustyką, itd., itd., Mamy też parę takich ciekawostek, jak np. „radzieckie” specjalne pianki, które są wykorzystywane w atomowych łodziach podwodnych (śmiech)

KM: Radzieckie pianki specjalne …  (śmiech), a to dobre. Do czego służą? Wyciszają drgania?

RM: Służą do tego, żeby panować nad rezonansem powierzchni. Wykorzystujemy tam kilka różnych materiałów do tego, żeby z jednej strony to wewnętrznie wyciszać i zmiękczać, a z drugiej strony, żeby wyeliminować jakiekolwiek przenoszenie drgań powierzchniowych, nawet z takich powierzchni, które teoretycznie tego robić nie powinny. Te rzeczy wiążą się trochę z fizyką pracy głośnika, który pompuje powietrze. Chodzi o to, żeby to się jakoś nie przenosiło na pozostałe elementy, żeby tego nie zniekształcać. Sięgamy po takie kompletnie dalekie obszary.

KM: Jednak jest tam czego szukać, dlatego drążę …

RM: Chociaż – jeśli wziąć pod uwagę pochodzenie projektu – to łódź podwodna nie wydaje się wcale takim odległym związkiem.

KM: To prawda, istnieją pewne podobieństwa.


Olśniewająca para - Alma Asuai & fortepian Whaletone

za klawiaturą Whaletone: Alma Asuai; reżyseria: Piotr Kumik; foto: Paweł Dyllus

KM: Kwestie rozwiązań materiałowych i dopracowywania detali to jedno, ale w tym instrumencie najważniejsze są, wybacz: bebechy… Pomówmy o akustyce tego fortepianu. Głośniki wykonała duńska firma Scan Speak. Kiedy weszłam na ich stronę, pomyślałam sobie, że witryna wygląda, jakby tuż przed Millenium odcięli im Internet, co zresztą często jeszcze jest domeną producenckich stron audiofilskich. Dlaczego akurat Scan Speak, a nie np. Bang Olufsen, Avantgarde Acoustic, nie wiem – jest mnóstwo dobrych firm. Jak to się stało, że faktycznie trafiłeś na nich? Jak ogarnąłeś tę elektroniczną i akustyczną stronę Whaletone?

RM: To nie jest tak, że te dwie rzeczy robi się samodzielnie. Spotykałem się z całym szeregiem osób. Pewnie poszperałaś trochę w audiofilskich informacjach i zdajesz sobie sprawę z tego, że to jest środowisko, w którym nie tylko co człowiek, to opinia, ale czasami – co człowiek, to i 3 opinie. To niezwykle złożony świat. Droga, która się wtedy rozpoczęła, pewnie się już nigdy nie skończy. W ciągłej ewaluacji tego rozwiązania dopracowujemy i dopracowujemy… końca nie ma, i pewnie nie będzie. Z tej prostej przyczyny, że nie ma czegoś takiego, jak ustalony wzorzec. Nie mamy takiego wzorca, jak metr z Sevres, tylko odczucia. Pewne fizyczne parametry też nie dają do końca gwarancji tego, co słyszymy. To są rzeczy niemierzalne. Natomiast są ludzie, którzy zajmują się tym w sposób zawodowy, którzy słyszą niuanse, słyszą jakość, słyszą zniekształcenia, brudy i wiele różnych rzeczy. Weźmy np. stroicieli fortepianu – niby mają takie same uszy, jak my, a jednak słyszą bardziej precyzyjnie, wychwytują wszelkie fałsze. Ludzie zajmujący się akustyką też mają ponadstandardowy poziom wrażliwości słuchowej i ja, pracując z nimi, czy poprawiając konkretne  rozwiązania, słucham ich wskazówek dotyczących tego, jakie komponenty stosować. Gdzieś w drodze takiej ewolucji, szukając czegoś, co byłoby akceptowalne na poziomie instrumentu, który chcemy zrobić, skierowano mnie akurat do tej firmy. I tutaj już się przyzwyczaiłem do tego, że bardzo wielu dostawców absolutnie „nie wygląda”, bo nawet nie musi, żeby dostarczać interesujące rozwiązania. A muszę powiedzieć, że myślenie o instrumencie cyfrowym, który jest samogrającym urządzeniem, jest zagadnieniem absolutnie, mega skomplikowanym. Analiza tego, w jaki sposób pracują dźwięki emitowane przez struny w akustycznym fortepianie, jak złożone jest to zjawisko fizyczne, jeśli chodzi o drgania i ich przenoszenie, o wpływ na wszystkie sąsiadujące struny chociażby – „chmury” alikwotowe. To, jak to się zmienia – zarówno z pozycji struny, jak i ulokowania w fortepianie, to są rzeczy tak trudne w kontekście przenoszenia na pewien zdigitalizowany obraz tego dźwięku rozmieszczonego w przestrzeni … To jest naprawdę mega zadanie.

KM: I zawsze jest to reakcja łańcuchowa, prawda? Wystarczy zmienić delikatnie jeden parametr, a za nim od razu idą inne.

RM: No tak! Stosunkowo łatwo jest zasymulować sposób grania fletu czy trąbki, bo to jest instrument niezwykle kierunkowy. On ma jeden punkt, z którego ten dźwięk jest emanowany. Natomiast fortepian ma w środku parę metrów kwadratowych, które grają! I to w różnych miejscach, z różną siłą i częstotliwością …


Whaletone z głośnikami Scan Speak

foto: Szymon Polański

KM: I te parę m² ma na dodatek swoje krzywe i mnóstwo zakątków.

RM: No właśnie. Dźwięki odbijają się jeszcze od klapy, rezonują z płytą od spodu, rezonują na inne struny, których czasami jest trzy, a czasami dwie. To niezwykle skomplikowane zjawisko, więc głośniki, to tylko jeden z drobiazgów, które gdzieś tam trzeba wziąć pod uwagę przy podziale częstotliwości, przy rozmieszczeniu, wielkości, czy zdolności do reprodukcji dźwięku wschodzącego – idącego tak nisko lub tak wysoko – żeby te membrany – chociażby czysto fizycznie – były zdolne do przenoszenia podobnych drgań, czy częstotliwości, które mamy w instrumencie. Fortepian, poza organami, to chyba najszerzej operujący częstotliwościami instrument. I jeszcze te fale, które się jakoś tam rozchodzą – z głośnika punktowo, a już ze struny znacznie szerzej …

KM: I jeszcze interferencje …

RM: Tak. To są złożone zjawiska. Dlatego słucham ludzi, którzy mają na ten temat jakieś pojęcie i trochę polegam na ich rekomendacjach. W zasadzie można powiedzieć, że co model – poprawiamy jakiś parametr. To nie jest constans, że mamy coś raz na zawsze ustalone i po prostu to robimy, tylko za każdym razem dopracowujemy Whaletone znajdując rzeczy, które możemy zrobić jeszcze lepiej i ten proces trwa.

KM: Ech … niełatwo się pracuje z perfekcjonistą … Czy nie boisz się takiego momentu, w którym lepszy okaże się wrogiem dobrego? Nie boisz się, że coś będzie „przemajstrowane”?

RM: Nie wiem, czy można coś przemajstrować, jeżeli człowiek poszukuje jakości? To nie jest obszar, w którym można przesadzić. Moglibyśmy przesadzić, gdybyśmy zaczęli Whaletone’owi dodawać migające diody i spojlery – wtedy byśmy mogli przekombinować. Natomiast na poziomie akustycznym, nieustanne myślenie o rozwoju, który eliminuje pewne niedoskonałości? Wydaje mi się, że trudno tutaj przekombinować. Można popełnić błąd, ale niekoniecznie jest to zły kierunek. Nie popełnia błędów ten, kto nic nie  robi.


klawiatura cyfrowego fortepianu Whaletone by Robert Majkut

foto: Szymon Polański

KM: Grywasz na fortepianie? Masz jakiś background muzyczny, czy jesteś wielbicielem muzyki, po prostu?

RM: W momencie, w którym zaczęła się przygoda z Whaletonem – kompletnie nic. Null. Zero. W ogóle nie byłem jakoś szczególnie instrumentalny, ale świat fortepianu wciągnął mnie absolutnie. Teraz znacznie więcej słyszę. Tak, jak nie słuchałem wcześniej, nie interesowałem się pianistyką, tak teraz – z przyjemnością słucham różnych rzeczy – od awangardowego jazzu, po zupełnie klasyczne koncerty, czy konkurs chopinowski – i słyszę, kto dobrze gra. Zazwyczaj, jak się później okazuje, nie mylę specjalnie z typami w stosunku do tego, jak postrzegają to profesjonaliści zasiadający w jury konkursowym. Oczywiście, tak jak mówiłem – w akustyce, czy w rozumieniu tego, co jest dobrym graniem i brzmieniem – od pewnego poziomu są to już bardzo subiektywne oceny. Jeśli ktoś gra w sposób doskonały technicznie, to zupełnie inne rzeczy zaczynają się robić ważne i dokładnie tak jest też z relacją z instrumentem. Mam swoich ulubionych pianistów i nie będzie pewnie tajemnicą, że wśród polskich muzyków jest to Leszek Możdżer, który zresztą bardzo nam kibicuje.

KM: Leszek jest absolutnie cudny! Dobrze wiedzieć, że Wam kibicuje. Właśnie chciałam zapytać, czy taka opcja, jak Enter Festival w którymś roku wchodzi w grę?

RM: Myślę, że coś takiego zawsze wchodzi w grę. Myślimy o pianistyce w ogóle, bo Leszek – przy całej swojej awangardowości – jest bardzo mocno przywiązany do klasycznych instrumentów strunowych i biorąc pod uwagę to, w jaki sposób i co on gra – wcale mnie to nie dziwi. Przypuszczam, że większość fortepianów cyfrowych nie dałoby rady zagrać tego, co on chce zagrać i nie wyemitowałyby tego, co chciałby usłyszeć, więc ja mu się absolutnie nie dziwię, że jest wierny takiemu rodzajowi instrumentów. My myślimy z Whaletonem trochę o muzykach poszukujących, którzy mogą w swoim repertuarze wykorzystywać pełen potencjał drzemiący w możliwościach, jakie ma Whaletone. O muzykach, którzy w sposób świadomy i celowy wykorzystują różnorodność brzmień i łączą je ze sobą.

KM: Także z elektroniką?

RM: Tak, trochę na pograniczu muzyki pianistycznej i elektronicznej. Są to obszary – wydaje mi się – trochę nieobecne jako instrumentarium solo. Gra na różnych cyfrowych instrumentach, w różnych band’ach, to jest czysta sprawa. Natomiast takich instrumentalistów – nie wiem, jak był Jean Michel Jarre kiedyś, Marek Biliński z Polski, czy Mike Oldfield – w tej chwili tego typu postaci nie ma – trochę szkoda.

KM: czy Pat Metheny – choć to inny rodzaj instrumentów, głównie gitary, ale rozpiętość tych „zabawek” też duża.

RM: Dokładnie! Czy Depeche Mode – zespół, który 4 instrumenty klawiszowe naraz wykorzystywał, tak? To są takie obszary muzyki, których trochę brakuje …


fortepian XXI wieku - Whaletone by Robert Majkut

foto: Szymon Polański

KM: Kto jeszcze, oprócz Możdżera?

RM: Mamy zaprzyjaźnionego pianistę, napisał zresztą muzykę do naszej strony internetowej – Krzysia Dysa, który jest wschodzącą gwiazdą polskiego jazzu. I on też sięga po bardzo klasyczny repertuar. Ostatnio wydali fajną płytę z Bachem, na przykład. Grają go tak lekko jazzująco.

KM: Czy Krzysztof Dys pojawia się w piątki w Warszawie Wschodniej, w Shoho Factory,?

RM: Nie, nie. Krzysztof ma już 2 czy 3 swoje projekty i jeden zespół. Gra też z innymi muzykami, jest niezwykle zajętym człowiekiem teraz się okazało (śmiech), więc on nie przyjeżdża. W piątki gramy w takim w miarę stałym składzie, gdzie jestem zapraszany przez Jacka (Jazzka) Brzeszczyńskiego, który opiekuje się artystycznie tymi wydarzeniami. Tam głównie wokaliści się zmieniają. Wokal i piano to jest duet zawsze atrakcyjny dla publiczności. Samo piano jest w niedzielę, w ciągu dnia – buduje piękne tło, natomiast wieczorne koncerty to jest trochę inny format projektu – wymagają tego, żeby jednak był jakiś ‘hotman’ z mikrofonem. Staramy się to uatrakcyjniać, dlatego za każdym razem śpiewa ktoś inny.

Jeśli chodzi o pianistykę – pytałaś, czy ja się jakoś z tym wcześniej zetknąłem – dopóki nie było Whaletone, to nie, ale strasznie mnie korci. Mój syn chodzi na lekcje fortepianu, uczę się z nim, zaglądam mu przez ramię, ale jest lepszy.

KM: Czasami tak jest, „uczeń przerósł mistrza” … Gdzie, oprócz Warszawy, można zobaczyć i posłuchać Whaletone? Przyznam się, że kiedy wypatrzyłam jego bryłę w Internecie, najpierw doznałam lekkiego szoku, po czym natychmiast zaczęłam drążyć temat głębiej, ale to było tak, że raczej na nią wpadłam „organicznie”, sama. Jeszcze nie widziałam tego instrumentu na koncertach w Polsce. Może nie jest tak bardzo nagłośniony, jak zasługiwałby na to?

RM: Trudno mi to oceniać –  czy jest, czy nie jest, i czy na to zasługuje? Myślimy o tym, żeby zbudować egzemplarz, który będziemy mogli wypożyczać, bo to są częste pytania i zdziwiłabyś się, kto po to dzwoni. Poznaliśmy rynek na tyle, że mamy tutaj bardzo wielu wiernych fanów marki, którzy nam kibicują, którzy nam gratulowali takiego projektu, którzy uważnie obserwują to, co się wokół niego dzieje. Natomiast Polska nie jest rynkiem takich produktów. To nie jest miejsce, w którym takie produkty się sprzedają. Pewnie, jak sama zauważyłaś, bardzo chętnie widziano by Whaletona na koncertach, bo to zawsze jest widowiskowe. Mówię to z całą odpowiedzialnością i świadomością tego, że Whaletone robi takie sceniczne „wow”, już samym wyglądem. Takie sytuacje bywają i mamy zaproszenia, wcale nierzadko, natomiast podchodzimy do wszystkich zagadnień biznesowo. Jesteśmy wciąż jeszcze młodym zespołem, który tę markę tworzy i buduje. Na razie nie będziemy utrzymywać na własny koszt, do wypożyczeń, które się mogą zdarzyć kilka razy w roku, bardzo drogiego w produkcji instrumentu. Produkcja trwa 3-4 miesiące – taka jest technologia, samo lakierowanie trwa miesiąc (sic!), potrzeba czasu, żeby to mogło się ustabilizować, wyschnąć itd., itd. Również utrzymywanie fortepianu w odpowiednim pomieszczeniu, jego transport, ubezpieczenia, specjalnie pakowanie – to wszystko musi być zapewnione, a to naprawdę kosztowne rzeczy. Już nawet nie dziesiątki, to są setki tysięcy złotych, ale myślimy już nad tym i mam nadzieję, że na początku przyszłego roku taki egzemplarz będziemy mieli. Wtedy zdecydowanie łatwiej będzie nam rozmawiać o dobrych imprezach muzycznych, czy o takich koncertach i myślę, że nie tylko w Polsce, bo zapytania płyną z całego świata. Najwięcej ze Stanów.


Fortepian - orka: Whaletone

foto: Szymon Polański

KM: A jaka jest cena Whaletone? To kwota rzędu wartości nowego Bentleya?

RM: Nie, nie. Ceny się zaczynają od 65.000 Euro za ten mniejszy model Whaletone Grand w wersji Digital, a kończą na stu kilkudziesięciu, w zależności od opcji. Może być i więcej, jeżeli ktoś będzie fantazjował.

KM: Czyli zaczynamy od dobrego nowego samochodu? Dobrego.

RM: Tak.

KM: A Japonia? Czy Japończycy wiedzą o Whaletone?

RM: Tak, wiedzą, natomiast Japończycy mają niezwykle limitowaną przestrzeń. Dla nich ten fortepian jest absolutnie fascynujący, ale jest instrumentem trochę za dużym na ich możliwości. Mieliśmy taką sytuację, że jeden profesor, chyba muzykolog, koniecznie chciał mieć Whaletone w domu, tylko, że już zaczął budować i później nie było go jak do tego domu wprowadzić. To jest naprawdę duży instrument. Mieliśmy też zapytanie od artystów z Japonii, którzy chcieli, żeby Whaletone za trzy tygodnie był w Tokyo, bo będą teledysk kręcić. Takie pytania też mamy. Whaletone pojawił się nawet w japońskiej wersji „Second Life”. Projekt wykreowany przez Japończyków –  wprowadzili ten fortepian cyfrowo w wirtualną rzeczywistość i zrobili tam koncert. Zostałem zaproszony na ten koncert Whaleton’a – surrealistyczne doświadczenie. Śmieszne to było, ale fajnie grali. Także, tak – jak najbardziej, Japonia się tym interesuje i myślę, że to jest dla nas bardzo ważne ze względów wizerunkowych. Japończykom podoba się też bardzo koncept wynikający z pewnej historii, która stoi tu w związku. Tam jest bardzo silny proekologiczny nurt związany z ochroną wielorybów (1% wartości każdego egzemplarza Whaletone przeznaczono na ten cel – przyp. red.), więc często to są i takie środowiska. Kiedy widzą nasz projekt, szczególnie, że jest Fundacja wokół, to się tym niezwykle jarają i to jest dla nich fajne.


Whaletone powstał pod wpływem snu zainicjowanego widokiem wielorybów w ich naturalnym środowisku

KM: To bardzo dobrze, właśnie takimi rzeczami ludzie powinni się jarać. Takie jest moje zdanie. A czy fizycznie widziałeś kiedyś takie wielorybie cielsko wynurzające się z lodowatej toni?

RM: Tak.

KM: A więc jednak jest to mocne wrażenie.

RM: To jest sytuacja, która w ogóle zainicjowała sen. To jest przeżycie, które trudno zapomnieć.

KM: Gdzie to było?

RM: W okolicach zachodniej Afryki

KM: Czyli raczej ciepłe wody – tam, gdzie wieloryby faktycznie do rozrodu się szykują … Zawsze chciałam mieć humbaka …

RM: (Śmiech) No, szczerze mówiąc, ja też bym kiedyś chciał doświadczyć takiego kontaktu, że sobie popływam i nurkuję koło takiego wieloryba. To musi być absolutnie zdumiewające.

KM:. A skąd się wzięła za klawiaturą Whaletone zjawiskowa Alma Asuai? Ona jest multiinstrumentalistką, jak mi się wydaje?

RM: Ona jest kontrabasistką, przede wszystkim. Rzeczywiście szukaliśmy kogoś, komu urody nie można odmówić, ale też kogoś, kto – poza atrakcyjnym wyglądem – jest osobą grającą. Tutaj rekomendacja reżysera naszego clipu była bardzo mocna. Uważał, że to ktoś, kto i pięknie gra, i wygląda, a ponadto da filmowi takiego międzynarodowego ducha. To się bardzo fajnie udało. Myślę, że to był dobry wybór. Alma zagrała i wszystko się skleiło w taką fajną, poetycką całość.



za klawiaturą Whaletone: Alma Asuai; Reżyseria: Piotr Kumik; Zdjęcia: Paweł Dyllus

KM: Czego najbardziej potrzebuje w tej chwili Whaletone?

RM: Whaletone, jako duży oceaniczny zwierz, potrzebuje teraz wypłynąć na szerokie wody…

KM: Mam przeczucie graniczące z pewnością, że tak właśnie będzie. Music is the answer …


cyfrowy fortepian projektu Roberta Majkuta - Whaletone

Reżyseria: Piotr Kumik; Zdjęcia: Paweł Dyllus

PROFESOR MODZELEWSKI WE WSPOMNIENIACH ŻONY. CZĘŚĆ 5.

Katarzyna Marchlewska: Stąd taki piękny wniosek, że panował wówczas dobry obyczaj (do dziś istnieje, choć – zdaje się – jest rzadziej praktykowany), dzielenia się wiedzą – chętnie i bezinteresownie?

Wera Modzelewska: Mój mąż – absolutnie i zupełnie! I wie Pani, dwa lata temu zawiadomili mnie ludzie „ze świata”, żebym kupiła „Yachting” – bo tam jest wredny artykuł o moim mężu, napisany zresztą przez łodzianina, byłego działacza. Kupiłam i napisałam  do Yachtingu sprostowanie. Zadzwoniła do mnie potem redaktor naczelna – nie była pewna, czy ja piszę prawdę, ale podałam parę przykładów, które można sprawdzić w starych miesięcznikach „Żagle” i poza tym – świadków wydarzeń. No i zamieszczono mi to moje sprostowanie w całości. W tym artykule nawet pomylono pierwszy jacht, więc  – mężowi – przypisano jacht w ogóle nam nieznany. Amulet został komu innemu przypisany – a przecież to ja byłam na jachcie, to moja głowa wystawała i nasz gość siedział w kokpicie. Ale! Chciałam Pani jeszcze powiedzieć, że przychodził do nas również student z Politechniki, bardzo grzeczny. On najdłużej zostawał, cichutko sobie oglądał, jak się wszystko robi, od czasu do czasu pytał męża, czy można – jakby mąż miał chwilkę wolną – można porozmawiać, bo chciał zapytać o parę rzeczy? Oczywiście był traktowany zgodnie z tym, jak się zachowywał. Był do końca, obserwował ten jacht, nawet w dniu wywożenia, bo trzeba było okno z framug wyjąć, żeby go wynieść prosto na samochód, na ciężarówkę. Po latach jestem na targach żaglowych, na Boatshow w Łodzi – idzie nie za wysoki pan w mundurze kapitańskim i  myślę sobie: „skąd ja tę twarz znam?” I on się nagle zaczyna do mnie uśmiechać. Ja wciąż myślę: „Boże, Boże – skąd ja go znam?”  A on podchodzi do mnie, rozstawia ręce szeroko i mówi: „Boże! Pani Modzelewska! Jak Pani się ładnie zestarzała!” W tym momencie  już wiedziałam, kto to jest – student Politechniki – Andrzejek Janowski – obecnie Prezes Polskiego Przemysłu Jachtowego Motorowodnego i Windsurfingowego.

KM: jak pięknie „wyrósł”, także dzięki Państwu!



Wystawa malarstwa R. Modzelewskiego w Galerii „Willa” – Miejska Galeria Sztuki w Łodzi, 1994 rok

WM: Kupił stocznię na Mazurach

KM: Czy nie w Ostródzie?

WM: Tak, w Ostródzie! W ogóle jesteśmy potęgą w budowie jachtów na świecie. W tym roku na żeglarskie targi do Łodzi przyjechało tyle wystawców zza granicy, że trzeba było uruchamiać starą halę sportową , która jest w sąsiedztwie nowoczesnej hali Expo. Tam jest cudnie, bo się wjeżdża największym jachtem na wózku, przejście z jednej hali do drugiej połączono namiotem – było wspaniale. Jestem zaprzyjaźniona z Yachtingiem, bo tam to moje sprostowanie ukazało się w świątecznym grudniowo-styczniowym 2012/2013, a w tym roku, w maju (rozmawiałyśmy w grudniu 2015.) było także to, o czym teraz pani mówię, z tym, że na okładce fotel.

KM: Od czegoś trzeba zacząć…

WM: Tak. Mój mąż zaczął swoją żeglarską przygodę jako gimnazjalista, w Suwałkach. To było jezioro Hańcza. Czy zna pani rzekę – Czarną Hańczę? Jeżeli pani nie zna, to polecam. To chyba najpiękniejsza rzeka w Polsce. No i jezioro Wigry. I jezioro Trockie, na którym mąż prowadził kursy żeglarskie.

KM: Na Mazurach pamiętam niesamowite, małe jeziorko. Na poniemieckich mapach, jakimi wtedy akurat się posługiwałam widniało jako Jazne. Ono ma chyba jakąś specyficzną strukturę mineralną. Nie ma w nim w ogóle ryb, ani jednego stworzenia, a woda jest naprawdę krystaliczna. Bardzo głęboki, niewielki akwen i do samego dna widać piaseczek, widać, co tam w toni leży. To jeziorko pamiętam i po Charzykowskim też kiedyś pływałam, ale kajakami.


Roman Modzelewski we wspomnieniach żony - Wery Modzelewskiej

Roman Modzelewski na jeziorze Tałty, na pokładzie „Białego” (już z powiększonymi żaglami); źródło: archiwum prywatne WM

WM: Niestety nie znam. Ja chciałam też pani powiedzieć, że mój mąż był twórcą kajaka żaglowego. Ale to przed wojną. I zrobili harcerze z Suwałk dwie wycieczki tymi kajakami po rzekach, w wakacje – do budującej się Gdyni. Mieli nawet zdjęcia na tle pierwszego jachtu szkoleniowego – to był „Lwów”, dopiero drugi to był „Dar Pomorza”. Potem popłynęli na otwarcie Targów Poznańskich rzekami – z Suwałk, proszę Pani! Cała drużyna harcerska. Największe wrażenie zrobiła na nich przystań przy pałacu biskupim we Włocławku, bo była wówczas szaleńczo nowoczesna i elegancka. A już takie wrażenie, które do końca im zostanie – to na zakolu Warty – było tam zlewisko małych rzeczek, w ciągu dnia zrobili hałas i jak się poderwało ptactwo do lotu, to się zrobiła noc. Harcerze z Suwałk aż zaniemówili z zachwytu i zapamiętali to do końca życia. Mówili, że nigdy w życiu im się coś podobnego nie zdarzyło – taka ilość ptactwa, która zupełnie przysłoniła Słońce.

KM: Widywałam podobne zjawisko, ale to były szpaki. To jednak nie to samo, co majestatyczne czaple czy żurawie …

WM: Ach, proszę pani. Widzieliśmy taki kongres żurawi przed odlotem, coś fantastycznego – ten ich klangor jest taki głuchy, jak się go słyszy z góry. Natomiast jak one są na ziemi i jak się je słyszy klangorujące, to ten klangor jest dźwięczny, piękny dla ucha.  To świetne … przepiękne ptaki. Spędziłam okupację nad taką niedużą, piękną rzeczką, więc się od chłopców nauczyłam łapać na płyciznach ryby, raki. O! (śmiech). I te łąki cudne pamiętam, bo było tyle świerszczy i tyle skowronków. Trzeba było uważać, żeby na gniazdo nie nadepnąć czy nie położyć się, bo było tego mnóstwo. Teraz mieszkam w sercu miasta. Mój mąż był zdenerwowany, że dostał mieszkanie tak daleko od centrum, teraz przy słynnej Manufakturze. Też ulica Zachodnia, tyle że niższy numer – bo jacht budowaliśmy na Zachodniej 99. Pod naszym domem wycięto krzewy, nie ma wróbli i słowików, które śpiewały nam przez 30 lat! Ale wie pani, te czasy gomułkowskie, jak mówiłam, tętniło życie towarzyskie i bywało szalone. Chodziło się na dancingi, w soboty i niedziele chodziliśmy na obiady do najlepszej restauracji w Hotelu Grand, Malinowej – tam była najlepsza kuchnia, albo do Spatifu. Na Mazurach jadało się obiady w miejscowych restauracjach, np. w Mikołajkach, Rynie itd. Było tam świetne jedzenie – były np. tylko dwa różne obiady do wyboru, zawsze świeżuteńkie i bardzo tanie, przecież nie gotowałam na jachcie obiadów!



Drużyna harcerska z Suwałk na kajakach zaprojektowanych przez R. Modzelewskiego w pierwszej wyprawie rzekami z Suwałk do budującej się Gdyni (koniec l.20).

Druga wyprawa tej samej drużyny tymi kajakami odbyła się rzekami z Suwałk do Poznania, na pierwsze Targi Poznańskie.

KM: Moja ciocia mawiała, że wtedy półki sklepowe były wprawdzie puste, ale jak przychodził „gość w dom”, to stół się jednak uginał. Dziś na odwrót.

WM: Tak, ale wie pani, na prowincji było lepiej. Np. w Mikołajkach była na miejscu masarnia, robili wspaniałe wędliny; była też mleczarnia.

KM: Podstawa to lokalne świeże składniki.

WM: Ach, naturalnie! Mikołajki wspominam najmilej. Byli tam wspaniali ludzie. Byliśmy zaprzyjaźnieni z zespołem rybackim w Mikołajkach i panem dyrektorem Byczykiem, który jeszcze żyje, ma 93 lata – to jest autochton, czuje się Polakiem. Pani pewnie nie wie, że wszystkie tonie na Śniardwach mają polskie nazwy! Na starych mapach również. Śniardwy są płytkie, skaliste – te tonie i skały są oznaczone i one mają nazwy polskie, a znam mapy z XVI wieku. (sic!)

Jak zaczęto robić w Ostródzie pierwsze łodzie rybackie z tworzywa, to tak je źle robiono, że ledwo upłynęły kawałek od brzegu, już tonęły. Interwencje nie pomogły. Stworzyliśmy więc brygadę w Zespole Rybackim z pracowników – wszak byliśmy zaprzyjaźnieni – żeby raz porządnie dać matę i dużo żywicy, żeby to przesączyć – żeby łódki nie tonęły. W tym zespole pracowali wspaniali ludzie. Pan Bodzian zrobił nam wózek do jachtu, drugi mechanik, K. Powalka słynął z dowcipów – ożeniony z łodzianką , obaj miejscowi. Młodziutcy P. Faron -miejscowy i A. Siemaszko, kresowiak – pomagali nam taklować jacht po zwodowaniu i klarować po wyciągnięciu z wody. Dziś są poważnymi mężami i dziadkami. Mamusia Piotra Farona ma 105 lat.

Znaną postacią był pastor Kościoła Ewangelickiego w Mikołajkach, ksiądz Pilch, Ślązak Cieszyński. Hitlerowcy aresztowali go i całą wojnę spędził w obozach. Wyzwolili ich Amerykanie i pastora Pilcha zatrudnili w UNRA do pomocy dzieciom, ofiarom wojny. Do Polski wracał zimą 1947 roku, prosił Boga, aby nie otrzymał parafii na Ziemiach Odzyskanych. Trafiło na Mikołajki. Parafianie wyjechali po pastora do Mrągowa saniami, gdyż Rosjanie rozebrali i wywieźli tory kolejowe. Ukochał ludzi, którzy tu byli i okolicę. Przyjeżdżali ze świata do pastora Pilcha różni wspaniali ludzie. Uczeni, pisarze, duchowni. Kościół ewangelicki w Mikołajkach był duży i miał wspaniałą, wysoką wieżę. Widok, jaki się z niej rozciągał, zachwycał wszystkich. Jezioro Tałty i okolice, Mikołajki, jezioro Mikołajskie, łączące się ze Śniardwami i jeziorem Bełdany. Oczu oczarowanie! Mieszkańców Mikołajek wspominam serdecznie. Grzeczni, uczynni, ciekawi świata, pogodni. A chociażby poczta z całym zespołem, a sklepy z przemiłymi paniami. Po zadymionej, pełnej sadzy Łodzi i chemicznych wyziewach, z ludźmi zmęczonymi pracą na trzy zmiany, to Mikołajki i okolice wydawały się rajem na ziemi. Mnóstwo wspaniałych kładek i świeżo urządzanych miejsc na biwaki, bardzo piękne obyczaje wśród żeglarzy i kajakarzy. Ośrodki Polskiej Akademii Nauk nad jeziorem Mikołajskim, ośrodek wypoczynkowy PAN-u w Wierzbie, ośrodek bankowy w Gujance przy śluzie, czy w Kamieniu Ośrodek Olimpijski – kajakarze i katamarany („Tornado”). Pastor Pilch ratował mojego męża szwajcarskimi lekami, gdy ciężko się zatruł. W zespole rybackim pracował wspaniały ichtiolog, pan Farenholc z żoną i dziećmi. Jego żona była krewną znanego publicysty, zajmującego się odkryciami naukowymi Macieja Iłowieckiego. W Wierzbie spotykaliśmy się z synem odkrywcy szczepionki przeciw durowi plamistemu, wspaniałego uczonego Weigla. Z młodszą córką syna wielkiego uczonego i jej mężem, lekarzem Januszem, państwem Albertami byliśmy zaprzyjaźnieni. Był pan Walczyk, specjalista od nanocząsteczek z żoną lwowianką, której ojca architekta wynajął mój mąż. Byli młodzi naukowcy z uniwersytetu im. Curie-Skłodowskiej z Lublina, którzy w tajemnicy opowiadali nam, że odkryli włókno węglowe, trzeci na świecie po Japonii i USA i o kłopotach, jakie mają z Rosjanami, bo się dowiedzieli i domagają się receptury. Byli wspaniali i szalenie dowcipni. Byli to „Amuletowicze”, wspaniali żeglarze , G. i M. Hellmannowie z Anina i ich krewni, Z i T. Kowalczykowie, wszyscy z dziećmi.  cdn…


zdjęcia pochodzą z archiwum prywatnego Wery Modzelewskiej



Fotel RM 58 czerwony mat

Design: R. Modzelewski

Producent: Vzór



Fotel RM 58 classic; żółty

 Design: R. Modzelewski

Producent: Vzór

fotel RM 58, turkusowy, mat. Projekt: Roman Modzelewski; producent: Vzór


Fotel RM 58, turkus; mat

Design: R. Modzelewski

Producent: Vzór

Styl fusion we wnętrzach. Co i jak łączyć?

Prawie wszyscy spotkaliśmy się z terminem fusion w kuchni i dobrze kojarzymy go jako sztukę łączenia składników i aromatów z różnych części świata. We wnętrzach styl fusion pojawił się w latach 80. Przyjął się doskonale jako kontra wobec bezdusznego minimalizmu. Po trzech dekadach stał się niezwykle popularny, między innymi dzięki możliwościom podróżowania, jakie oferuje współczesny świat. Było to nad wyraz widoczne podczas tegorocznych targów Maison at Objet w Paryżu. Zderzenie Wschodu z Zachodem, Północy z Południem, splatanie dwóch lub więcej estetyk. Łączenie współczesnego, europejskiego meblarstwa z ornamentyką i paletą Bliskiego lub Dalekiego Wschodu (w szczególności: z wzorami i rzemiosłem Maroka, Libanu, Egiptu, czy Indii), to obecnie jedna z najbardziej ekscytujących i aktualnych tendencji projektowania wnętrz.

Styl fusion – dla kogo?

Styl fusion ma wiele cech wspólnych z eklektyzmem, który pojawił się jakieś sto lat wcześniej, i którego główną siłą napędową także była swobodna kreacja oraz dążenie do utworzenia czegoś zupełnie świeżego z mieszanki pełnego katalogu stylów dawnych. Uwielbiają go zwłaszcza ci, którzy muszą mieć w domu poczucie ciepła i indywidualizmu, których mieszkanie musi mieć duszę. Łączenie rzeczy na pozór zupełnie niekompatybilnych jest wytyczną bardzo uniwersalną i daje dużą swobodę tworzenia.


styl fusion w sypialni podkreśli osobowość właścicieli

Nasciturus Design – przejdź do projektu

Pułapka

W tej stylistyce łączenie elementów nowoczesnych z klasycznymi, czy orientalnymi jest wręcz obligatoryjne. Miksujemy zatem „nowe” z bibelotami i meblami, które odziedziczyliśmy po przodkach albo z takimi, które mają dla nas wartość sentymentalną. Obiekty o wysublimowanej jakości – z pięknymi przedmiotami wygrzebanymi na pchlim targu. Zestawienie ma nie tyle pasować, co być interesujące. Lepiej „zderzyć” ze sobą elementy wyraźnie kontrastujące, jeśli chodzi o wygląd, czy epokę,  aniżeli takie, które różnią się ledwie ciutę. Masywna, rzeźbiona szafa obok kolorowych krzeseł Panton, czy Ghost – o gładkich, „nowożytnych” liniach, powinna stworzyć kombinację, która pozwala na podziwianie mebli zarówno w towarzystwie, jak też indywidualnie. Ale uwaga … tutaj wolność wcale nie jest taka nieograniczona, jakby mogło wynikać z definicji. Styl fusion, który oferuje ogromną dowolność i w zasadzie nie narzuca żadnych sztywnych reguł, niesie też ze sobą ryzyko stworzenia nieudanego, kiczowatego projektu. Nie bez powodu wielu projektantów uważa go za jeden z najtrudniejszych do poprawnego uchwycenia.

Pamiętajmy, że niezbywalną cechą wnętrza w stylu fusion powinna być przede wszystkim harmonia i eklektyczny szarm. Ono ma być stylowe i spójne – w żadnym wypadku chaotyczne. Na pewno nie chcemy miszmaszu niedbale wrzuconych do pokoju gratów, powodujących poczucie przesytu i przytłoczenia. Zestawiamy i grupujemy przedmioty tak, by każdy miał szansę zaprezentować swój indywidualny urok. Szukamy zatem spokoju i właściwego balansu, a to już nie lada wyzwanie. Najlepiej zamknąć oczy i zacząć od tego, by wyobrazić sobie ten szczególny look, jaki chcemy osiągnąć. Czy najbardziej zależy nam na poczuciu elegancji, świeżości, czy raczej nonszalanckiego wnętrza, noszącego znamiona szlachetnej patyny? Może pragniemy buduarowego charakteru sypialni, a może chcemy wnętrza niekonwencjonalnego, po prostu?


elementy stylu fusion w eleganckiej sypialni

Nasciturus Design – przejdź do projektu

Kolor

W drugiej kolejności powinniśmy się zastanowić nad kolorem. Jeśli wprowadziliśmy już do wnętrza sporo interesujących wizualnie obiektów (tzw. eye catchers), nie ma konieczności dodawania ścianom dramaturgii mocnym pigmentem. Wtedy najlepiej sprawdzi się paleta neutralna, ponieważ pozwala wszystkim „oryginałom” błyszczeć na swym łagodnym tle. Jeśli jednak zależy Wam na tym, by wnętrze kusiło intensywną barwą, zachęcamy do odwagi, by tego efektu nie zatracić, by się nie rozpłynął. Dodanie koloru nie jest trudne i sprawdzi się, jeśli chcemy osiągnąć orientalny wyraz wnętrza. Wystarczy pomalować choć jedną ścianę. Wybierajcie kolory nasycone, jak miedź, nocne niebo, jagody czy bakłażan – specyficzne dla regionów, które szczególnie się Wam podobają. Równoważcie je neutralnymi szarościami i bielą. Jeśli nie chcecie malować pomieszczenia, kolor można wprowadzić w poszczególnych elementach mebli, w dekorach, dziełach sztuki, tkaninach, roletach, poduszkach, a nawet świeżych kwiatach. Całość utrzymajcie jednak współcześnie.


styl fusion lubi motywy zwierzęce i mięsiste tkaniny

Nasciturus Design – przejdź do projektu

Proporcjum

Wnętrza w stylu fusion często odwołują się do korzeni przemysłowych albo do tradycji, tak więc wprowadzenie surowej cegły, poblakłych tekstur ścian, czy klasycyzującego portalu kominkowego z pewnością pomoże nakreślić właściwą dla nich scenerię. Co do zasady, w tym gatunku raczej nie sprawdzą się wykładziny. Za to chodniki, czy dywany – szczególnie te z etnicznymi wzorami, wpasują się doskonale, wnosząc do wnętrza w stylu fusion bezpretensjonalne ciepło. Absolutnie niezbędne jest właściwe uchwycenie proporcji, przy czym oversize zazwyczaj wypada lepiej, niż skala mikro. Najbardziej zachwycające projekty chętnie prezentują współczesne krzesła, czy fotele z żyrandolem vintage i dużym lustrem w klasycznej ramie. W mniejszych pomieszczeniach łatwiej osiągnąć efekt uroczego mieszanka, np. w nieco “znoszonym” stylu country, łączącego elementy vintage z pojedynczymi, sporymi obiektami sztuki współczesnej. Zredukujcie jednak do minimum dekoracje okien, żeby nie pomniejszać optycznie i tak już limitowanej przestrzeni. Uważajcie, by nie zagracić pokoi.


surowa cegła sprawdzi się w stylu fusion i w eklektycznym

Nasciturus Design – przejdź do projektu

Kwestia smaku

Styl fusion łączy rzeczy, których – na pierwszy rzut oka – łączyć się nie powinno. Eksperymentuje z najbardziej niezwykłymi dekorami i niespotykanymi formami. Tekstury i warstwy tkanin, tapet, czy obić odgrywają tu niezmiernie ważną rolę. Poduchy z roślinnym lub perskim printem wpasują się w ten oryginalny nurt idealnie. Ogólna kompozycja odwołuje się do odczuć, natomiast granica między elegancją a brakiem wyczucia bywa cienka, dlatego kluczem do sukcesu w stylu fusion jest poczucie smaku projektanta. To on powinien zagwarantować, że kreowane właśnie wnętrze będzie miało należyty balans. Harmonia to jest to słowo, które odnosić się powinno do wszystkich komponentów wnętrza. Dekoracje i ogólne wrażenie, jakie wywołują, mają wypadać spójnie i lekko luksusowo. Bałagan – owszem – pozorny, artystyczny nieco, niewątpliwie jednak zorganizowany.

 Second Life

Fusion we wnętrzach może być wyborem współczesnych mebli zestawionych z industrialnym oświetleniem oraz antykami. Równie dobrze może być posiadłością z tradycjami, pełną dawnych detali – takich, jak sztukaterie, masywne belki sufitowe, czy stary piec, umeblowaną sofami w stylu minimalistycznym. Ten styl naprawdę lubi starocie (wszak każda ma swoją opowieść i specyficzną energię), pod warunkiem, że tchniemy w nie drugie życie oraz, że zapewnimy im doskonałe towarzystwo najnowszych trendów meblarskich i technologicznych. W apartamentach osób, które cenią sobie ducha bohemy odnajdą się bardzo autentycznie.


elementy stylu fusion w tym gabinecie: odważne połączenie ornamentów i faktur

Nasciturus Design – przejdź do projektu

Fuzja światów

Faktura gładkich jedwabi zestawiona z cięższym lnem, delikatna wełna i mięsiste aksamity, nasycone kolory i bogate zdobienia dalekiej Azji, czy Bliskiego Wschodu; etniczna ceramika albo drewniane parawany, cieniowany motyw paisley (zwany też Botha lub nerką), drewno intarsjowane macicą perłową i rzeźbione wyroby z kamienia – to zaledwie czubek kombinacji, które możemy wykorzystać. Nie ma mowy o tym, by zabrakło inspiracji.  Wnętrze w stylu fusion powinno wyglądać tak, jakby ewoluowało do swojego aktualnego obrazu latami, jakby dojrzewało i nabierało charakteru razem z nami, bo właśnie to czyni je wyjątkowym. Jest coś szczególnego we wnętrzu, które stymuluje w nas poczucie delikatnej nostalgii, nieprawdaż? Bywa, że zderzanie ze sobą (fusing) skrajnych elementów skutkuje fantastyczną, niepowtarzalną i bardzo osobistą aurą. Wnętrze w stylu fusion ma być emanacją tego, kim jesteś i jak żyjesz.